Rozmyślania o Księżycu

Raz na jakiś czas rozmyślam sobie o Księżycu… Prawdziwy jest czy nieprawdziwy? Istnieje czy nie istnieje? Ma na nas wpływ czy raczej wymyślamy, że ma na nas wpływ? Sztuczny satelita czy kolejny cud natury? Wylądowali na tym księżycu czy to bajka, którą nam opowiadają? Naprawdę coś się transformuje, gdy jest pełnia czy to wymyślony koncept?

I jakiekolwiek pytania zadaję, jedno jest pewne. Księżyc jest nieodłącznym elementem świata (wszechświata?) i budzi emocje. U niektórych budzi duże emocje. Budzi generalnie. Choć ze względu na porę, w której świeci, powinien usypiać 😉

Jestem miłośniczką słońca. Od zawsze. Nie tylko słońca wygrzewającego moje ciało, lecz również tego słońca w ujęciu energetycznym. Na księżyc spoglądam z zaciekawieniem i jakoś rzadko zatapiam się w jego blasku.

I zerkam tak na ten księżyc, zastanawiając się, czy ma on aż takie znaczenie czy nie ma… szczególnie gdy do tego spoglądania na księżycową poświatę dołączyło spostrzeżenie: świat duchowości ulubił sobie księżyc. Szczególnie księżyc w pełni. I choć w jakiś sposób jestem w tym świecie duchowości, przenikam ten świat, jestem nim (jakkolwiek nazwiemy, czy nie nazwiemy) zajmuje mnie dusza, duch wewnętrzny, to coś niewidoczne dla oczu, a tak bardzo widoczne dla duszy… zastanawiam się, czy naprawdę dla naszej duszy, dla nas tych nieograniczonych energetycznych istnień, którymi jesteśmy, ten księżyc ma tak duże znaczenie… Nad słońcem bowiem się aż tak nie rozczulamy  (owszem mówi się o energetycznych burzach na słońcu, jednakże one przechodzą dla duchowej większości bez większego echa). I tak jakoś głęboko tego słońca nie transformujemy i nie ekscytujemy się nim (chyba że rzecz dotyczy opalania i filtrów przeciwsłonecznych).

Mam w tym zadumaniu księżycowym taką obserwację: za każdym razem, a dzieje się to średnio raz na miesiąc, gdy księżyc zbliża się do tej „magicznej” pełni, świat oddaje się księżycowej transformacji… Bo jest pełnia? Księżyc zrobił się okrągły i się transformuje. Przez te kilka dni w miesiącu, gdy księżyc zbliża się do pełni i oddala od niej, świat transformuje swoje zachowania, programy, życie. To w tych dniach wszystko się przerabia, ludzie doświadczają momentów „wow”, widzą świat inaczej, czasem usprawiedliwiają, że w tych dniach może dziać się wszystko, a oni mogą być wszystkim… W tych dniach zdarzają się dziwne zachowania, pojawiają się różne przemyślenia, zdania.  I zdarza się (czasem rzadziej, czasem częściej), że jakby za dotknięciem księżycowej różdżki przygasa trochę na te kilka dni to piękne światło wewnętrzne, inaczej wibrują otwarte serca, inaczej wibruje życzliwość, serdeczność, wdzięczność, miłość… ustępując miejsca szeroko pojętej księżycowej transformacji. A kiedy już ta pełnia mija, to oddychamy głęboko, jakby można było wrócić do poprzednio rozpoczętych działań.

Jeszcze głębsze procesy dzieją się, gdy księżycowe zjawiska się nawarstwiają, co ma miejsce raz na jakiś czas, czasem raz na sto lat, a czasem raz na dziesięć lat. Transformację potęgują zjawiska typu full moon, red moon, blue moon, wyjątkowe układy planet względem siebie i tak dalej. Wtedy nasze zachowania, programy, życie transformuje prawie cały układ planetarny.

Dzielę się tym wszystkim, bo zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest nasza dusza. Czy ona naprawdę zależy od księżyca i jego faz?

I nie chodzi o to, że nie ma się nic transformować. Ma. I nie chodzi o to, że nie ma w tym całym ruchu planet odrobiny prawdy. Odrobina jest. Natomiast zastanawiam się, czy te tony energii i uwagi dawane w tych dniach księżycowi i ustawieniom planet, przynoszą to, o co chodzi. I czy naprawdę pragnie tego dusza? Czy to jest nasza prawda i czy naprawdę wtedy tworzymy połączenie ze źródłem, łączymy się z naszym wewnętrznym światłem…? I czy w taki sposób przyczyniamy się do kreowania miłości uniwersalnej i najwyższych wibracji energetycznych?

Intryguje mnie: komu oddajemy swoją moc i energię, zawierzając się księżycowi? Mam takie wrażenie, że zjednoczenie z księżycem nie zawsze generuje najwyższe wibracje energetyczne… świadomą obecność, stan „jestem tu i teraz”… i wszystko to, co czujemy pomiędzy pełniami.

Jeśli zawierzyć jednej z teorii New Age lub spiskowej (czy jakkolwiek nazwiemy), księżyc jest sztucznym satelitą i nigdy nikt tam nie wylądował. Film z księżyca nakręcono w jednym ze studiów Hollywood. To nie jest cud natury tylko robota ufoludków lub innych cywilizacji, reptilian lub innych gatunków… Jeśli jednak tak jest, to komu oddaje się energię w tych dniach pełni księżycowej? Może po prostu komuś zależy na tym, aby ludzie wysyłali swoją energię i transformację na księżyc…? Nie wiem… tylko pytam. I nieśmiało zapraszam do refleksji przed kolejną pełnią, medytacją do księżyca i wypełnieniem swoich procesów księżycową poświatą.

I to nie jest tak, że w ogóle mnie ten księżyc nie zajmuje. Lubię pytać, ciekawi mnie (i nawet wyobrażam sobie) jak w wierszu Oriah Mountain Dreamer:
Chcę wiedzieć, czy potrafisz żyć z porażką,
twoją i moją,
i nadal stać na brzegu jeziora,
krzycząc do srebrzystej poświaty księżyca w pełni „tak!”
(Cały ten piękny wiersz tutaj http://paulinaskorwider.com/i-want-to/).

Bo to nie chodzi o to, by powiedzieć księżycowi „nie”. Świadomość wszak nie wyklucza niczego. Chodzi o prawdziwe, świadome powiedzenie sobie i życiu, energii, transformacjom, świadomości i prawdzie, którą jesteśmy „tak”. Bez wycieczek na księżyc (choć byśmy mieli samochodzik Elona Muska). Pozostając jednocześnie tym samym, co głosimy, gdy nie ma pełni księżyca. Pozostając w połączeniu z duszą i źródłem. Pozostając całością i jednością. Bez oddzielenia dla księżyca.

Warto może spojrzeć też na tę drugą stronę (na przykład tę zawsze niewidoczną stronę księżyca) i zobaczyć, jaka prawda tam się kryje. Pozwolić sobie na odrobinę refleksji i zobaczyć, jakie odpowiedzi kryje to, co niewidoczne.

Pamiętajmy w tym wszystkim o tym, kim jesteśmy.  O tym niebywałym, jedynym zjawisku w całym wszechświecie, i we wszystkich wszechświatach. O cudzie, duszy… tym unikalnym składniku, energii, bez których ten świat by nie istniał.

Być może tak jakby nie istniał bez księżyca. Choć przy tym zdaniu postawiłabym duży znak zapytania. Może jednak by istniał.

PS. Jako post scriptum pozwolę sobie przytoczyć wiadomość od mojej kalifornijskiej przyjaciółki: wczoraj w nocy siedzieliśmy w takiej japońskiej „bani” i wgapialiśmy się w gwiazdy i księżyc (nieodłączny element nocnego nieba) i tak wiesz, nie wiem, jak z tym księżycem… jeśli nawet jest sztucznym satelitą, to jest tak ważny, że bez niego świat, w którym żyjemy nie istniałby… daleka jestem od przykładania zbyt wielkiej wagi i usprawiedliwiania czegokolwiek, zachowań itp., ale z drugiej strony księżyc na pewno ma wpływ na nasze ciała, planetę, życie…

„I to by było na tyle” – jak mawiał Jan Stanisławski.


1 komentarz

  1. Nobody

    / Odpowiedz

    Egzaltowane brednie. Zastanawianie sie, czy ksiezyc istnieje1, to jak refleksja nad tym, czy prawa Newtona to spisek obcych.


Dodaj komentarz