Calima

Siedzę na ławce w parku, otoczona palmami. W oddali dudni disco polo, które od razu przywodzi mi na myśl basen hotelowy i czas zatrzymany na leżaku gdzieś na oddalonej o tysiące kilometrów dominikańskiej plaży Punta Cana. Śpiewają ptaki, kwiaty w parku mienią się wszystkimi kolorami, nie ma ludzi, jest pusto, cicho, spokojnie… jakby świat pomagał mi się zatrzymać.

I jest calima. Calima czyli pył, kurz, piasek… który przywiało tu z Sahary i który powoduje zamglenie, sprawia, że świat jest niewidoczny, jakby zatrzymany. Calima zaburza czystość obrazu. Choć świeci słonce, jest ciepło, wieje ciepły wiatr… to wszystko jest inne, niewyraźne, zamglone. Niebo ma szary kolor, jakby było zachmurzone… Wszystko (pozornie) jest na swoim miejscu, jednak o wiele trudniej jest zobaczyć wyraźnie, dostrzec kontury, kolory, światło. Zasłona z calimy zatrzymuje światło i ostrość, ale i przykrywa świat mgłą. Spowalnia i wyłącza działanie.

Jak często w naszym życiu towarzyszy nam calima? I wcale nie jako zjawisko meteorologiczne, tylko nasza, prywatna calima. Jak często sami pozwalamy sobie nie widzieć wyraźnie naszego świata, nie widzieć w pełnych kolorach i kształtach, takimi jakie są. Nie przyglądamy się naszym emocjom, uczuciom, pragnieniom serca… Wolimy, by nasz piasek pustynny zamglił obraz, zniekształcił, zatrzymał na chwilę, znieczulił na działanie… Calima potrafi trwać kilka godzin lub kilka dni. Co możemy wtedy stracić lub zyskać? Kim możemy się stać lub przestać być? Kiedy jestem sobą – w mojej calimie czy w czystym, wyraźnym obrazie? Jak to jest, kiedy patrzę na wszytko zza mgły? I próbuję wydostać się na wyrazistą przestrzeń? Jak sprawić, aby ta zasłona, ta mgła opadła?

Był czas kiedy i ja lubiłam otulić się mgłą, być we własnej calimie. Jakby to była moja strefa komfortu, bezpieczna, bo mnie nie widać, i nawet ja sama siebie nie widzę. Niby wszystko jest tak samo, a jednak inaczej… Lubiłam chować za mgłą swoje pragnienia, topić w calimie siebie i to, co było mi w danym momencie potrzebne, by być i istnieć dla innych. Lubiłam przyprószyć nieco obraz, by było łatwiej. Dzisiaj wybieram czyste niebo, wyraźne kształty i jasność patrzenia. Prawdę. I siebie. I to wcale nie oznacza, że bez mgły i calimy nie ma mnie dla mnie i dla innych. Wręcz przeciwnie – jestem bardziej, choć inaczej.

A calimę lub mgłę lubię obserwować, siedząc na ławce w parku, patrząc, jak zmienia optykę.

Szczególnie teraz, kiedy przyszedł czas na odrobinę refleksji i zatrzymania. Czas dla siebie, nawet w zgiełku rozmów przy świątecznym stole… Szczególnie teraz, wyjdźmy z mgły, zdmuchnijmy piaskową calimę i celebrujmy wyraźny, czysty, jasny obraz siebie i tego, co wokół nas… Pozwólmy sobie zobaczyć wszystko takie, jakie jest.


Dodaj komentarz