Sushi w Warszawie czy rogalik w Nowym Jorku?

Życie to nieustające wybory… Każdy wybór prowadzi do czegoś: większego, mniejszego. Prowadzi do zmiany, do transformacji. Każdy wybór ma też konsekwencje. I każdy – jakikolwiek jest – wydarza się po to, by dać nam doświadczenie, które jest potrzebne na życiowej drodze, by kiedyś, na końcu (którego nie ma) „być” więcej, bardziej, mocniej, radośniej i bardziej świadomie.

Gdy przyglądam się moim wyborom, mogłabym powiedzieć, że nie wszystkie są najmądrzejsze na świecie (czy ktoś wie, co to znaczy najmądrzejsze na świecie?). Niektóre są nawet zrobieniem kroku w tył (jak się potem okazuje – pozornie – bo to kroki siedmiomilowe do przodu). Inne z kolei bardzo dokładnie, dobitnie „między oczy” pokazują, kim jestem i o czym nie wiedziałam. Albo właściwie wiedziałam, tylko nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo to po prostu było… Czasem wybór jest po to, żeby uświadomić nam, kim jesteśmy, docenić to, uznać, pozwolić sobie tym być, a także – pozwolić sobie stawać się czymś więcej.

W szkole wpojono nam mechanizm analizy (do bólu ćwiczona tabelka) i to, że każdy wybór ma dwie strony – plus, minus, tak, nie, białe, czarne, właściwe, niewłaściwe, za i przeciw, złe, dobre… Im dłużej żyję, tym bardziej widzę, że każdy wybór jest tylko wyborem. I nie ma sensu go oceniać, nadawać temu znaczenia… bo za chwilę wszystko będzie inne. Jednak, mimo iż też to wiem, nie zawsze potrafię spojrzeć w ten sposób na świat, życie, na siebie. Bo wydaje mi się, że to jest ten najważniejszy z wyborów, który doprowadzi mnie do tego, tamtego, owego… A może chodzi po prostu o to, żeby wybór, niezależnie od tego, jaki wybór, pozwolił nam zrobić kolejny krok? Żebyśmy ruszali się z miejsca i w ten sposób otwierali się na nowe możliwości…?

Nauczyłam się nie krytykować siebie za moje wybory, nie wprowadzać się w poczucie winy, w wątpliwości i w tyrady ze sobą typu „co ja najlepszego zrobiłam…” (lub czego nie zrobiłam, a teraz już za późno – tak na marginesie: nigdy nie jest za późno, zawsze jest w odpowiednim momencie).

Oczywiście wybór może przynieść symbolicznie „rogalika”, a przy tym dużo radości i możliwości, mocy, energii i przestrzeni, a może przynieść „sushi”, co będzie właściwym dla nas smakiem życia na ten moment, chwilą przyjemności, choć zamkniętymi w naszej strefie komfortu, jednak też czymś, co wibruje z nami właśnie teraz.

W życiu jest zawsze czas i miejsce zarówno na „sushi” jak i na „rogaliki”.

Jakkolwiek… to jest ciągle tylko i aż wybór.

PS. Ze specjalnymi ucałowaniami dla mojej Sis Gosi i Kasi Z., które spotkały się „przypadkiem” na sushi w Warszawie – i mnie zainspirowały 😉 apple-icon-57x57


Dodaj komentarz