Wylądować na dywaniku u Szefa…

Wczoraj wieczorem wylądowałam na dywaniku u Szefa. Nie byle jakiego Szefa. W tym kontekście wylądowałam ma znaczenie dosłowne.

Przez kilkanaście lat życia zawodowego nie zdarzyło mi się być na dywaniku. A tu, gdy prowadzę życie sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem, trafiam na dywanik. Czy to nie ironia? Oj, nie. Dywanik nie dotyczył zawalonego budżetu, źle zrobionej prezentacji, słabego wyniku czy nieefektywnego spotkania… Dotyczył całkowicie innego projektu. Projektu Moje Życie. I był całkowicie odmienny: akceptacja, zaufanie, zaopiekowanie się sobą, cierpliwość, wiara w siebie i koniec z marudzeniem. Oraz ruszenie siebie z podstaw świata do działania. Prawdziwego działania.

Przyznam, że interwencja nadeszła w odpowiednim momencie, jak wszystko stamtąd 😉 „Małe” przypomnienie po co tu jestem, było wskazane. Poddawanie się lękom i matriksowi, prowadzi do zapomnienia i nieobecności. Ten mechanizm wkradł się w moje życie (pozwoliłam na to!). Na szczęście na chwilę.

Skąd wiem, że wylądowałam na dywaniku u Szefa? Takie rzeczy się wie i czuje. A i licznych znaków nie mogę przeoczyć – jak choćby Anioł, który siedział przed chwilą na ławce obok mnie – starsza, cudna pani, która czytała gazety i patrzyła w słońce. Porozmawiałyśmy. Powiedziałam jej, że jest Aniołem. Stwierdziła, że w tym wieku to niemożliwe. Przecież to jest możliwe w każdym wieku – powiedziałam, wywołując uśmiech na jej twarzy. Za chwilę dodała, że nie uchodziła za Anioła przez całe życie. Odpowiedziałam jej, że za Anioła się nie uchodzi, Aniołem się jest. Uśmiechnęła się i pomilczałyśmy, każda na swojej ławce. Jeśli takie rzeczy dzieją się po dywaniku u Szefa, nie mam nic przeciwko 😉

 


Dodaj komentarz